Wesołego jajka i smacznego koguta w nowym (k)roku.
Człowiek był małym, niefrasobliwym brzdącem, który cieknące z nosa gluty beztrosko zbierał z górnej wargi językiem, a dłubanie w nosie i głośne bekanie po cudownej smakowo oranżadzie uważał za dobrą zabawę. Dla takiego człowieka okres świąteczno-noworoczny, był czasem gdy uradowany był niczym usrana świnia. Z niecierpliwością oczekiwał Wigilii, wcześniej bezwzględnie przeczesując mieszkanie w poszukiwaniu gotowych do zapakowania prezentów, choć potem trzeba było sporego talentu aktorskiego, by okazać zaskoczenie i radość z podarunku, którego potajemnie już się macało dwa dni wcześniej. Pal licho jeśli ten był udany, trafiony. Gorzej, kiedy był chybiony, mało zabawkowy (skarpety? Łeee…), czy mało męski. To były najbardziej stresujące momenty w tym okresie chlania wódki na potęgę przez dorosłych. Pomijając krępujący moment łamania opłatków i życzenia sobie tego samego co przed rokiem i pewnie za rok też. Potem był Sylwester, strzelenie z dwóch korsarzy, puszczenie motylka, może jakiegoś karabinka o północy, obejrzenie do końca filmu i lulu. Obecnie, kiedy człowiek jest już dojrzały (choć zdaję sobie sprawę, że tylko fizycznie), z całej tej otoczki i mistyki pozostało jedynie niezbyt atrakcyjne i niezmienione w formie naiwne łamanie opłatkiem.
A jak to konkretnie wygląda obecnie?
Obecnie, proszę Państwa, to mamy frustrujące bieganie po sklepach, które z okazji „dorosłości” nas także dotyczy. Hipermarkety są na to przygotowane już od początku listopada, więc podgrzewają atmosferę reklamując zestawy prezentowe, bombki, renifery i inne takie gówna. A ludziki biegają w ciemno, jakby im głowę do dupy włożyć i kazać szukać czapki. Kilogramy niepotrzebnego żarcia (głodne dzieci w Somalii mówią “łał”), choinka, targanie jej przez miasto, przycinanie, stawianie, filozofowanie „czemu ten jebany badyl tak krzywo stoi”, „te pokurwione lampki nie świecą, ciekawe która z szesnastu tysięcy żaróweczek jest spalona”, bombka tu, łańcuch tam, nie, ta bombka tu nie pasuje, trzeba przewiesić, popraw łańcuch, lampki znowu przestały świecić, idź po śmierdzące mułem karpie, kupuję ostatnie trzy, ludzie, od godziny stojący za mną w kolejce życzą mi pod choinkę śmierci, abym się udławił tymi karpiami, aby się udławiła cała moja rodzina, mój pies i szynszyla, których nie posiadam, więc życzę im Wesołych Świąt. Łazienka po egzekucji ryb wygląda jak rzeźnia z horroru klasy Ę, fikuśnie przyozdobiona krwawymi wzorkami na kafelkach, wannie i pralce, tak jakby nagle wszystkie kobiety w domu dostały okresu.
Nadchodzi dzień wyciszenia – deszczowa, jak co roku pokryta błotnistą ciapą, Wigilia.
I jak to było do przewidzenia, wyciszenia z tej okazji niewiele. Od samego rana znajduje się kilku bystrzaków, którzy najebią w telefon jakieś życzenia przepisane z Internetu, „zapisz jako szablon”, „wyślij do wielu” i dzielą się tymi suchymi, debilnymi rymowankami z każdym, licząc, że rzeczywiście ktoś to przeczyta do końca, tuż przed skasowaniem. “Życzę ci pogody ducha, byś bez wiagry w święta ruchał, niech kobieta czuje w kroku, że mikołaj jest raz w roku”? Że jak? No co ty, z chuja spadłeś/aś? Na kurwę mi to? Tak, wiem, błahostka, ale nic nie poradzę, że to co roku mnie irytuje mocniej, niż duet Wham, ze swoim świątecznym hiciorem, którego tytuł boję się wymawiać na głos.
Potem wieczorny standard, rodzina, gadające zwierzęta, irytujący opłatek, jedzenie, rękaw w barszczu, gdaczące bachory, które to już chcą odpakowywać prezenty, bo nie mogą się doczekać, by zacząć jęczeć, że w tym roku Mikołaj się znowu nie popisał. Bo przecież „phi, taki aparat cyfrowy kosztuje ledwo 700zł, siara się z takim pokazać koleżankom i robić sobie zdjęcia w lustrze!”, albo „a gdzie mój laptop za 3 tysiące?!? Przecież mam już 11 lat, jestem kobietą z potrzebami! Nie przystoi bym miała jedynie stary, trzyletni komputer stacjonarny!”. Kiedy już człowiek, dłubiąc z nudów palcem w uchu, z niekłamaną obojętnością przez to przebrnie, nie pozostaje mu nic innego, jak na smutno się ujebać wódką przy kolędach w wykonaniu Rysia Rynkowskiego, czy, o zgrozo, Fila. W dwa kolejne dni również. Wtedy jest znośnie, w końcu nie bez powodu taka tradycja.
Potem nadchodzi Sylwester, zwany Bolesnym. Na przestrzeni całego życia boli wszystko, począwszy od nóg od biegania co roku po sklepach na ostatnią chwilę w poszukiwaniu alkoholu, którym można się upodlić na imieninach u Sylwestra. Choć nie znam żadnego. Na następny dzień boli ryj, w który się obrywa po pijanemu, boli ręka złamana z przemieszczeniem, „bo miałam szpilki, a szampan na linoleum był wylany, no i się wyjebałam, no co?”. Ręka boli jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że lekarze zamiast ją nastawić na miejsce, to ups!, łamią ją jeszcze gorzej, ale to ich nie onieśmiela i pakują ją w gips, życząc Szczęśliwego Nowego Roku, oraz lepszych ortopedów w przyszłości. Już nie wspomnę o bolącej głowie, z powodu tak prozaicznego jakim jest spożyty dzień wcześniej alkohol.
Boli też to, że nowy rok rozpoczął się niezauważalnie, po prostu przechodząc z dnia na dzień, z zachodu mętnego słońca, na wschód tego samego, równie mętnego i zmęczonego dniem poprzednim słońca. Z hucznej imprezy na sflaczały syndrom dnia następnego, jak w każdym innym przypadku. Bez znaków szczególnych i pod równie chujowe dyktando, jak cały rok poprzedni. Dodatkowo już na drugi dzień zmuszając do przejechania 1600 kilometrów w dobę. Buziol w pysiol dla wąsatego pana z tira, stacjonującego na tankszteli pod Berlinem, który kupił od nas złotówki, dzięki czemu nie musiałem sprzedawać własnego ciała za benzynę. Ani nikomu obciągać. Jak to mówią – jaki początek nowego roku, taki będzie cały, więc tym bardziej jestem rad, że mi się upiekło.
Poza tym, nie mam żadnych komicznych postanowień, bo i tak bym ich nie wypełnił.
Życzeń też nie mam. A w zasadzie pewnie mam, ale nic mi nie przychodzi na tę chwilę do łba. No, może poza tym, abym już nigdy, podczas chaotycznego przełączania kanałów w telewizji, nie trafił na klip “kapeli” Video z Anią Wyszkoni na ficzuringu, bo autentycznie jasna kurwa mnie trafia za każdym razem. No i żeby TVP przestało w końcu transmitować te zjebane skoki narciarskie. Hej, Małysz już od kilku lat nie wygrywa (tylko ja to zauważyłem?), nikogo nie interesuje już ten pojebany sport. Może i kiedyś fajnie było, ale się spierdoliło, a TVP tylko pogłębia tę spierdolinę.

hm’