Wesołego jajka i smacznego koguta w nowym (k)roku.
Człowiek był małym, niefrasobliwym brzdącem, który cieknące z nosa gluty beztrosko zbierał z górnej wargi językiem, a dłubanie w nosie i głośne bekanie po cudownej smakowo oranżadzie uważał za dobrą zabawę. Dla takiego człowieka okres świąteczno-noworoczny, był czasem gdy uradowany był niczym usrana świnia. Z niecierpliwością oczekiwał Wigilii, wcześniej bezwzględnie przeczesując mieszkanie w poszukiwaniu gotowych do zapakowania prezentów, choć potem trzeba było sporego talentu aktorskiego, by okazać zaskoczenie i radość z podarunku, którego potajemnie już się macało dwa dni wcześniej. Pal licho jeśli ten był udany, trafiony. Gorzej, kiedy był chybiony, mało zabawkowy (skarpety? Łeee…), czy mało męski. To były najbardziej stresujące momenty w tym okresie chlania wódki na potęgę przez dorosłych. Pomijając krępujący moment łamania opłatków i życzenia sobie tego samego co przed rokiem i pewnie za rok też. Potem był Sylwester, strzelenie z dwóch korsarzy, puszczenie motylka, może jakiegoś karabinka o północy, obejrzenie do końca filmu i lulu. Obecnie, kiedy człowiek jest już dojrzały (choć zdaję sobie sprawę, że tylko fizycznie), z całej tej otoczki i mistyki pozostało jedynie niezbyt atrakcyjne i niezmienione w formie naiwne łamanie opłatkiem.
A jak to konkretnie wygląda obecnie?
(więcej…)

1 komentarz