Podsumowanie roku dwatysionceosiem.
No cześć. Jako młodzieniec o szerokim wachlarzu zainteresowań, obcuję z kulturą na wszelakie możliwe sposoby, bo to fajne jest. Książki to nawet kupuję, bo dotyk i zapach papieru to taki mój fetysz, a i na półce wyglądają ekstrawagancko, dzięki czemu sprawiam wrażenie mądrzejszego niż jestem. Swoją drogą to nieco dziwne, bo dostęp do muzyki, filmów czy książek jest łatwiejszy, w zasadzie darmowy, nic nie stoi na przeszkodzie w poszerzaniu horyzontów, oglądaniu niszowych gruzińskich filmów o prowadzeniu tartaku, słuchania niekomercyjnej muzyki i czytania książek na komórkach, komputerach, ba, nawet komputer sam przeczyta, a jednak, mimo to, ludzie coraz głupsi i coraz bardziej ograniczeni.
W tym roku będzie mniejszy chaos, bo podzieliłem faworytów na kategorie, ale tak poza tym, to kolejność czysto przypadkowa.
No to sru.
“Kiedy ty wyrośniesz z tych gierek komputerowych” – czyli elektroniczna rozrywka.
Przytrafiła mi się okazja pograć w kilka gierek w tym roku, a oto co z tego wyszło:
Prince Of Persia: The Sands Of Time [2003]
Sentyment do klasycznego PoP, z którym kartridż zakupiłem na bazarze, a potem zagrywałem się na Pegazusie, wziął górę. Wiadomo, rozgrywka w Piaskach Czasu podciągnięta pod wymogi naszych czasów, ale co najważniejsze, to klimat, a takiego baśniowego, mistycznego nie uświadczyłem od czasu przepięknego
ICO. Akrobatyka Księcia to czysta poezja, tak samo jak architektura i widowiskowość walk.
Gun [2005]
Hah, zwolennikiem łesternów to ja nie jestem, ale coś mnie urzekło w tej grze. Uboższa wersja GTA, ale dobrych gier w realiach Dzikiego Zachodu to na palcach nieudolnego stolarza można policzyć. Można se poszczelać, ale największą przyjemność sprawia spokojne kłusowanie na koniu i wjeżdżanie ludzikom na plecy. Nie odmówiłem sobie przyjemności zaliczenia gry na 100%, choć wciąż było mi mało.
The Warriors [2005]
Klimatyczny dynamit. Porachunki zabawnie ubranych gangów pod koniec lat 70-tych, przepełnione brutalnością, krwią i ogólną rozróbą niczym na ustawkach kibicowskich. Napierdalanie się 10 na 10 nigdy nie smakowało tak dobrze, intensywnie i dosadnie. Przepis na grę banalnie prosty (idź i tłucz przeciwników), ale kiedy się rozpierdala cegłówkę na ryju przeciwnika, chwyta go za głowę i dociska ją do pobliskiej ściany, a typa zalewa krew i wije się w bólu, to jakoś satysfakcjonujące się robi. Zresztą od Rockstar oczekujemy zawsze czegoś konkretnego. Uliczne napierdalando. Cudo, po prostu cudo.
Wyróżnienia:
“Tony Hawk’s Underground” to po raz kolejny to samo, ale bawiłem się równie zajebiście co przed maturą, kiedy na dwa dni przed egzaminem, na pytanie kolegi “uczysz się coś?”, odpowiedziałem “ta, nowych trików w Tonym Hołku”. Czerstwy soundtrack.
“Fahrenheit’a” pochowała druga połowa gry. Początek fascynujący i wciągający fabularnie, a końcówka to istny mix Czarodziejek Z Księżyca, Z Archiwum X i Dragon Ball’a, połączone z ciągłym napierdalaniem w przyciski dżojpada, co zupełnie do mnie nie trafia.
“A masz z lektorem? Bo mi się nie chce czytać” – czyli filmy i seriale.
W tym roku ze znaczną przewagą tych drugich, ale to kwestia nadrabiania przeze mnie zaległości w tej kategorii.
Stardust [2007]Gwiezdny Pył
Baśn. Lubię baśnie. Ta jest nie byle jaka, bo powstała na podstawie książki Neil’a Gaiman’a, potrafiącego idealnie połączyć elementy baśniowe, z rzeczywistymi, w wyniku czego otrzymujemy jedyne w swoim rodzaju mroczne, nowoczesne bajki, w których wilk pożerający babcię małej dziewczynki, a tej odgryzający głowę to codzienność. W ekranizacji nieco ten mrok utemperowano, ździebko uroku wyparowało, ale dla kogoś, nie mającego styczności z oryginałem, będzie to niezauważalne i nieistotne. Jest bajecznie, z kilkoma niezłymi gagami (martwi spadkobiercy tronu rządzą) i każdemu się spodoba.
Dexter [2006 - ] (nie ten od laboratorium i Dee Dee)
Czyli najsympatyczniejszy seryjny morderca jakiego znacie. Kolo pozbawiony uczuć i emocji, choć sprytnie to kamuflujący i próbujący mimo wszystko pogodzić to z życiem w społeczeństwie, związku i zawodem eksperta od śladów krwi w Majami Polis Departament. Wyrachowany, sprytny, kalkulujący wszystko na zimno, z przyklejonym na twarzy uśmiechem, ale jednak niezwykle uroczy, z zabawnymi przemyśleniami (“za każdym razem kiedy kobieta całuje mnie w szyję, to… gilgocze”), ostro kontrastującymi z tym, co wypowiada na głos. Obecnie skończył się trzeci sezon, a zaplanowane są już dwa kolejne.
Six Feet Under [2001 - 2005]Sześć Stóp Pod Ziemią
Jako rekomendacja niech służy fakt, że wszystkie 63 epizody (każdy trwający ok. 50 minut) obejrzałem w tym roku dwukrotnie. Absolutne arcydzieło czarnego humoru, wzruszające, przygnębiające, uświadamiające. Nie będę się powtarzał, za to odsyłam do wcześniejszego wpisu poświęconego rodzinie Fiszerów i ich domowi pogrzebowemu.
Californication [2007 - ]
Fox Mulder jako zmarnowany pisarz bez weny, chlejący na potęgę, palący szluga za szlugiem i uzależniony od przygodnego, jednorazowego seksu. Epizody trwające zaledwie ok. 25 minut, a ilością “faków”, cycków i rubasznego humoru mogłyby obdzielić pełnometrażowe filmy. Jest komicznie i rozluźniająco. Pierwszy sezon obecnie leci na TVN, co wtorek, w USA zakończył się drugi, a planowany jest trzeci.
The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford [2007]Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda
Uch, niby nic się przez dwie i pół godziny nie dzieje, ale nawet nie zauważyłem, kiedy minęły. Wiszące w powietrzu napięcie. Człowiek wie do czego wydarzenia zmierzają, ale wciąż zastanawia się jak do tego dojdzie. Cudne, plastyczne ujęcia, krajobrazy, magiczna muzyka, niejednoznaczne postacie i ta scena zabójstwa… Oto, jak zrobić film bez akcji, ale jednocześnie hipnotyzujący i ryjący głęboką bruzdę w pamięci. Perfekcyjny.
No i ten żart:
- Oglądałeś “Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”?
- Nie, a o czym to jest?
House M.D [2004 - ]
Na dobrą sprawę ten serial jest nieciekawy. Medyczne terminy, wyścig ze śmiercią, dylematy moralne, schematy – to wszystko mamy w każdym medycznym serialu, nawet w “Na dobre i na złe”. Ale drugiego doktora Hałsa to nie znajdziemy nigdzie indziej. Sarkastyczny, cyniczny, nienawidzący pacjentów, kulawy, uzależniony od środków przeciwbólowych, lekceważący, ale jednocześnie genialny diagnostyk, psycholog i detektyw. On jest całym serialem, bez niego nie zostaje tam nic, co byłoby warte obejrzenia, a tymczasem leci już piąty sezon oczekiwania na kolejne masakrujące teksty Hałsa (“życzę wszystkiego najlepszego tobie i twoim tragicznie zdeformowanym dzieciom”). Wreszcie znalazłem swój autorytet, a Laurie to niesamowity aktor <3
Zack and Miri Make a Porno [2008]Zack i Miri kręcą porno
Komedia romantyczna ze standardową fabułą (kochają się, rozstają, wracają do siebie i ponownie kochają), ale już sam tytuł sugeruje niezbyt tradycyjną otoczkę całego ambarasu. Dorzucę do tego reżysera Kevina Smith’a (znany jako Cichy Bob), autora obu części kultowych dla mnie “Clerks’ów” i paru innych komedii charakteryzujących się przede wszystkim bezpośrednim i bezpruderyjnym podejściem do fenomenalnych dialogów, zawierających setki “kurw”, “chujów”, “cipek” i w ogóle. Pojawiają się znajome twarze (Randal jako operator kamery, Jay jako porno gwiazda), jest trochę cycków, gejów, golizny i caaała masa śmiechu z sytuacji na ekranie. Rechotałem jak głupi.
Wyróżnienia:
“Simpsons: The Movie” za całokształt i kult rodziny Simpsonów, a poza tym to naprawdę zabawny film jeśli nie ogląda się go z polskim dubbingiem. “Big Fish” za baśniowy posmak, klimat i uświadomienie potęgi wyobraźni. Trylogia Bourne’a za sprostanie moim wymaganiom w temacie “tak powinien wyglądać film szpiegowski, z agentami i spiskami”, niech się twórcy Bonda przyglądają. “Motyl i Skafander” ujmujący. Genialne zdjęcia (naszego Kamińskiego), ale dla mnie zbyt przygnębiający. Od początku do końca. “Dark Knight” za genialną rolę Heath’a Ledger’a [*]. Prawdziwy z niego popierdol z tym swoim mlaskaniem, drgającą powieką. No i niezapomniana sztuczka z ołówkiem. Kunszt, który jednocześnie go wykończył. “Kolor Magii” i “Wiedźmikołaj” na podstawie Świata Dysku Pratchett’a, za możliwość skonfrontowania wyobrażeń czytelnika. “Tropic Thunder” za Roberta Downey Dżuniora w roli murzyna. No kurwa, dawno się tak nie ubawiłem samym oglądaniem postaci. “Control” za minimalizm. “Ironman” za… Ironmana (ponownie Robert Downey Jr.).“Spirited Away” i “Ruchomy Zamek Hauru” za przywrócenie wiary w japońskie anime i popis wyobraźni w tworzeniu baśniowych postaci.
Oczekiwania na 2009:
Po kilku tytułach obiecuję sobie wiele. “Udław się” na podstawie Palahniuka, “Wrestler” Aronofsky’ego (za muzykę standardowo odpowiada Clint Mansell), “Alicja z krainy czarów” od mistrza klimatu – Tima Burtona, pierwsze wieści nt. “Hobbita” od Del Toro, “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” Fincher + Pitt = to musi wypalić, Tarantino i jego “Inglorious Bastards”. Guy Ritchie rozszedł się z Madonną, która wyraźnie źle wpływała na jego reżyserskie popisy. Teraz, mam nadzieję, chłop wróci do formy ze swoimi “Rock’N'Rolla” i “Sherlockiem Holmes’em” (tytuł roboczy, premiera zapowiedziana na listopad 2009, a w tytułowej roli Robert Downey Jr., Jude Law jako Watson). Trzymam kciuki.
“Jesteś z tych, którzy przy czytaniu muszą poruszać ustami?” – czyli przeczytajmy coś dłuższego niż komentarze na naszej-klasie.
Tym razem czytania było nieco mniej, kilka książek przeczytałem po raz drugi, a co ze “świeżości”?
Lot nad kukułczym gniazdem [1962]Ken Kesey
Jestem jednym z tych ludzi, którzy wcześniej nie oglądali obsypanego oskarami filmu na podstawie książki. Ta wpadła mi przypadkiem w ręce, przeczytałem i dopiero wtedy postanowiłem swoją wizję skonfrontować z ekranizacją. W dużym skrócie – książka jest nie do przebicia, przede wszystkim ze względu na postać McMurphy’ego, co prawda świetnie zagranego przez Nicholsona, ale jednak ograniczonego scenariuszem i długością filmu. Historia na pozór zabawna, z gagami, czyta się ją jak komiczny pamiętnik z pobytu w psychiatryku, ale w pewnym momencie do człowieka dociera, że to wcale nie zmierza ku wesołemu zakończeniu. A samo zakończenie? Cóż, warto samemu się z nim zderzyć.
Poza tym mam tutaj do czynienia z jakimś znakiem od Przeznaczenia, bo w momencie gdy piszę te słowa, na ekranie obok zaczyna się właśnie “Lot nad kukułczym gniazdem” na TVP1. 1:30 w nocy, pewnie mnóstwo ludzi ma okazję obejrzeć.
Eryk [1990]Terry Pratchett
Tery Praczet w pigułce. Esencja stylu i humoru zamknięta w krótkim (nieco ponad 100 stron) i intensywnym opowiadaniu. Ta setka stron mieści w sobie takie nagromadzenie zabawnych sytuacji, że można by nim obdzielić trzy inne książki. Możliwość zapoznania się z twórczością Terego dla ludzi opornych, nie mających ochoty się przebijać przez jego znacznie obszerniejsze książki, ale chcące poczuć klimat Świata Dysku (choć w zasadzie mało tam Świata Dysku w Świecie Dysku).
Dziennik [2003]Chuck Palahniuk
Palanik musi być, bo gościa uwielbiam i dałbym mu buziola. Historia Misty, alkoholiczki, niespełnionej artystki i żony, której mąż zapadł w śpiączkę w wyniku próby samobójczej. Książka utrzymana w konwencji pamiętnika pisanego przez Misty dla “ukochanego”, aby mógł przeczytać co go ominęło, gdy już się obudzi. Trochę thrillera, trochę niezbędnego czarnego humoru i satyry, a wszystko to w otoczeniu odciętej od cywilizacji wyspy, gdzie jesteśmy świadkami samospełniającej się przepowiedni.
Straż Nocna [2002]Terry Pratchett
Cykl o straży miejskiej jest obiektywnie najciekawszy i wciąż się rozwija w interesującym kierunku. Tym razem jest… poważnie. No, nie do końca poważnie, ale mrocznie, z mnóstwem trupów, dynamiki i konkretnym czarnym charakterem (Carcer wysławia się jak prawdziwy, zły skurwysyn). Nie zabrakło oczywiście szczypty absurdu, bo bez tego nie mielibyśmy do czynienia ze Światem Dysku.
Gdy Oślica Ujrzała Anioła [1989]Nick Cave
Już dwa lata temu spotkałem się z pochlebnymi opiniami tej książki, ale jakoś nie udawało mi się dojrzeć jej grzbietu na półkach w księgarniach. Aż do pewnego razu. Chwyciłem wtenczas ją od razu i niezwłocznie poniosłem do kasy. A jak to się fajnie czyta. Kejw ma talent do konstruowania poetycznie skomplikowanych opisów sytuacji, które czyta się prosto i, paradoksalnie, nieskomplikowanie. A co on musi mieć nasrane w bani, to strach pomyśleć. Książka lepka od brudu, zdegenerowana, zezwierzęcona, brutalna, ale cholewcia, bawiłem się przednio czytając i na pewno przeczytam jeszcze kilka razy, bo mnóstwo tam “urokliwych” fragmentów (jeden jest do przeczytania na stronie wydawnictwa, polecam się zapoznać, link poniżej). Książka roku.
Wyróżnienia:
Eee, “Prawda” Pratchett’a, bo choć gorsza od “Straży Nocnej” to jednak klawa książka z kilkoma trafnymi spostrzeżeniami nt. prasy, brukowców i pogoni za sensacją.
“Metoda wodna” Irvinga za fragment:
- Przestałam sypiać z Ralphem, zanim cię poznałam.
- A czemu przestałaś? – pytał.
Obróciła się do niego plecami.
- Bo mi odpadła cipa – odparła do ściany akwariów.
“Wino, kobiety i .mp3″ – czyli muzyka.
Rok minął na nadrabianiu zaległości i poznawaniu kapel/płyt, których poznać do tej pory nie było okazji. A że słucham wszystkiego (poza mrocznym śmierć metalem i amerykańskim, gangsterskim hip hopem), to do nadrabiania było sporo. Przez cały rok na samym komputerze przesłuchałem ponad 17 tysięcy utworów (wg last.fm), a doliczając do tego to, co wpadło mi w uszy z wyczepistego, przenośnego odtwarzacza empetrójek, to z łatwością osiągniemy wynik zbliżony do 18257 przesłuchań. W związku z tym, płyt które polecam będzie sporo, ale wszystkie na to zasłużyły i nie pyskować. Odrzucam EPki i “The Best Of”, czy inne “Greatest Hits”.
A Place To Bury Strangers [2007]A Place To Bury Strangers
Brudne, przesterowane, garażowe dźwięki, męski wokal jakby ze studni dochodzący. Hałaśliwia, chaotyczna, a jednak zajebiście brzmiąca płyta. Już otwierający kawałek daje obraz całości – szumy, trzaski, odgłos upadającego mikrofonu, oczami wyobraźni widzimy śnieżący obraz, dajemy więcej woljumu i wyłania się z tego szumu muzyka. Absolutnie nie dla każdego, ale ja przez cały rok często wracałem do tej płyty i wracał będę. Zamykający ‘Ocean’ czyści uszy i robi dobrze. Popisowy, udany debiut.
Modern Guilt [2008]Beck
Beck zawsze mnie jakoś nudził (pomijając “Loosera”, którego lubię sobie pospiewywać podczas moralnego kaca). Taki melancholijny, eklektyczny mruczek. Do jego nowej płyty podchodziłem bez emocji, na zasadzie “a co mi szkodzi” i kurde, nie zaszkodziło. Beck z wiekiem trochę się ożywił i choć może to zasługa producenta, to nowa płyta jest względnie skoczna nawet. Całości słucham bez niesmaku, przy niektórych głowa mi się kiwa, a niektóre pokochałem (“Modern Guilt” i jego tadadadaaa, “Walls”- zdecydowanie najlepszy track na płycie), ale znajdą się też kupy (“Replica”). Fani będą kręcili nosem, ale ja nigdy fanem nie byłem i mi to pasuje. Co prawda jest cholernie krótko (zaledwie ok. 33 minuty, jakaś kpina), ale to przynajmniej zapobiega znudzeniu.
Nie Pytaj O Nią [2008]Eldo
Leszek jest regularny. Po raz kolejny dostarcza nam materiał, który nie zawodzi oczekiwań. Eldo jest zdecydowanie jednym z poważniejszych raperów, nie w głowie mu przyziemne dyrdymały. Jego ambicja sięga wysoko, jego teksty mają zabarwienie nostalgiczne, niekiedy melancholijne (‘Twarze’), wywołujące zadumę, często patriotyczne, ukazując przywiązanie do kraju, miasta Warszawy, lubi sięgać pamięcią do wspomnień, do dzieciństwa, bezlitośnie punktować przywary i ułomność polskiej mentalności. Niesamowite wrażenie robi pierwszy odsłuch tytułowego kawałka, kiedy padają pierwsze słowa, człowiekowi zapala się w głowie lampka “co to, kower Republiki?”. Bliźniaczo podobny tekst, ale jak się po chwili okazuje, jest to swoisty trybut. Mam słabość, świetne posunięcie. Świetna płyta, choć rozkręcająca się dopiero w okolicy piątego kawałka.
Soon It Will Be Cold Enough [2006]Emancipator
Trafiłem na niego tropem zeszłorocznego Saltillo. Zresztą jego śladem sprawdziłem wiele nic nie mówiących kapel i kompozytorów. Debiutancki Emancipator już w pierwszym kawałku ‘Eve’ powiedział mi wyraźnie, że jest tym, czego szukam. Absolutnie piękne, elektronicznie instrumentalne kompozycje, przy których człowiek przymyka oczy i odpływa gdzieś w pizdupę. Jedna z płyt całkowicie nieznanych, na które ktoś musi trafić i pociągnąć za sobą innych. Bogata dźwiękowo, z nieinstrumentalnymi wstawkami (pstryknięcia palcami, ptasi ćwierk i inne gówna), cudnymi smyczkami (do których zawsze mam słabość), z samplami, choć nie tak wyraźnymi i istotnymi jak u Saltillo, to jednak nadającymi utworom mistycyzmu. Nie ma sensu wymieniać najlepszych kawałków (choć jeśli się uprzeć, to możnaby wyselekcjonować Eve, Anthem, Good Knight, który całkowicie gniecie, Maps, Father King), bo te tworzą spójną całość, są fragmentami w jednym, długim ciągu pięknej muzyki. Zdecydowany top 5, jeśli nie top 3 tego roku.
Angel Dust [1992]Faith No More
Nazwa Faith No More zawsze kojarzyła mi się z jakimś rzadkim, ckliwym graniem, coś jak Simply Red. Nic nie poradzę, takie skojarzenia miałem, choć sam nie wiem dlaczego, bo nigdy ani jednych, ani drugich nie słuchałem – strzelam. Zaległości dotyczące FNM postanowiłem nadrobić w kończącym się roku i co dziwne, z wszystkich ich płyt chyba tylko ta jedna mi podeszła na tyle, by do niej wracać. Oczywiście dziwny jest fakt, że tylko jedna, ale wcale nie jest dziwne, że do niej wracam. Jest ona wypchana po brzegi hitami i kompletnie się nie zestarzała przez te 16 lat. Granie urozmaicone, poczynając od cięższych brzmień (‘Malpractice’), po cudne ballady (‘RV’ – cudo, refren zawsze podśpiewuję, stylizując głos na ochrypły i romantyczny >>I hate you; Talkin’ to myself; Everybody’s starin’ at me; I’m only bleedin’<<). Jedno ze szczytowych osiągnięć Pattona, bo pewnie kilka innych też ma, ale wyrzygał tego tyle, że nie sposób wszystkiego sprawdzić. A że potrafi on stworzyć dobre gówno do posłuchania to chyba nikt nie zaprzeczy. Anielski Pył jest fajnyzajebisty, o.
Closer [1980]Joy Division
Obejrzałem minimalistyczny ‘Control’ – historię życia Iana Curtis’a – wokalisty Joy Division i pchnęło mnie to do obadania twórczości jego kapeli. Słusznie, bo ‘Closer’ robi niesamowite wrażenie. Otwierające ‘Atrocity Exhibition’ ujmuje hipnotyzującą perkusją i oczywiście charakterystycznym, naćpanym wokalem Curtisa. Potem ta tendencja jest utrzymana, bo to dwa najważniejsze składniki posępnych tworów, które nam serwuje Joy Division. Curtis sam w sobie był wiecznie przygnębionym typem, ze stałymi załamaniami nerwowymi i postępującą epilepsją, co wyraźnie czuć w jego tekstach, głosie. Dziwnym nie jest, że się targnął na życie. Płyta raczej mroczna, nie należy jej słuchać przy depresji, bo może zmotywować do samobójstwa. No, ale nigdzie nie jest napisane, że każda muzyka ma napawać optymizmem, c’nie? Pomijając to, ‘Closer’ jest muzycznie genialnym wydawnictwem, swoistym precedensem, wzorem, do którego potem porównywane były i będą inne. A ‘Decades’ to mój prywatny wymiatacz, czyste złoto, wpędzające mnie w trans i któremu przede wszystkim ta płyta zawdzięcza umieszczenie w moim renomowanym podsumowaniu. Polecam także zapoznanie się z wydanym w tym roku “The Best Of” – dobra okazja.
We Were Dead Before The Ship Even Sank [2007]Modest Mouse
Różnorodność. Pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl. Drugie to niezwykły wokalista. No, to już trzy słowa. Na tej płycie każdy znajdzie coś dla siebie. Isaac Brock wyczynia na niej cuda nie z tej ziemi. Od piskliwego, dziewczęcego głosiku, bo kompletnie dzikie wydzieranie się (dosłownie; jest też szczekanie). Warstwa wokalna pierwszej klasy, coś niesamowitego. Dźwiękowo jest… różnorodnie. Od balad, przez indierokowe potworki, po utwory trudne do określenia i sprecyzowania gatunkowo. Wszystko brzmi świetnie. Na czternaście tracków, może ze trzy bym wywalił, a poza tym to naprawdę przyjemna, urozmaicona, zaskakująca płyta, przy której nie sposób się nudzić. Od ‘March Into The Sea’, w którym Brock na przemian spokojnie recytuje, aby po chwili wydrzeć ryja, przez urzekające ‘Parting Of The Sensory’ z wolna rozkręcające się, rozwijające niczym pączek róży, by pod koniec uderzyć połączeniem prędkości, hałasu i rytmu. Od przebojowego, rozrywkowego ‘Dashboard’, po długi, zaskakujący w paru momentach zmianą tempa ‘Spitting Venom’, stanowiący kwintesencję i zawierający w sobie to co najlepsze w twórczości Skromnej Myszy. Małe dzieło sztuki ta płyta.
Dig, Lazarus, Dig!!! [2008]Nick Cave & The Bad Seeds
W zasadzie powinienem tu zamieścić całą dyskografię Nicka Cave’a i Bad Seeds, ale to sie mija z celem. Dlatego wrzucam jedynie płytę, od której się w moim przypadku wszystko zaczęło. Zawdzięczam jej odkrycie wykonawcy, który chyba najlepiej trafia w moje gusta w tym rozległym gatunku, jakim jest rock. Płyta w ich dorobku najbardziej przebojowa, może trochę popowa, ale mnie kompletnie zaraziła, doprowadzając do tego, że przez niecały rok, słuchałem utworów Nicka Kejwa i Złych Nasionek ponad 1100 razy (na samym tylko komputerze). Teksty pozbawione grafomanii (Kejw pisuje wiersze i książki, także ułomny nie jest), genialne melodie, albumy od przeszło 20 lat trzymają równą, wysoką formę. Całego Łazarza łykam jak młody pelikan (no, może odrzucając utwór czwarty, choć i ten coś w sobie ma), nie nudzi mi się ani przez chwilę, a po zakończeniu mam ochotę na więcej. Nie godzi się wyróżniać tutaj jeden utwór, a o płycie mógłbym pisać do rana, wiec tylko dodam, ze jeśli miałbym wybrać album roku, to właśnie byłby to “Dig, Lazarus, Dig!!!”. Ciężko mi nawet o niej pisać i próbować ubrać w słowa to szczere złoto.
Z pozostałych wydawnictw polecam szczególnie “Let Love In” (z kapitalnym ‘Loverman’em’), “Murder Ballads” i “The Lyre Of Orpheus”. Majsterszyki.
Music From the Motion Picture The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford [2007]Nick Cave & Warren Ellis
Zdobywca ostatniej nagrody w konkursie na najkrótszy tytuł płyty. Dla mnie osobiście “Sołndtrak z Dżesi Dżejmsa” i już. Nazwiska Kejw i Elis wyjaśniają wszystko. Dwójka muzyków, znających się wyśmienicie z Bad Seeds, tutaj tworzą połowę klimatu filmowego. Muzyka wyśmienicie komponuje się z tym, co na ekranie, ale sama, na sucho, też się broni bez problemu. Piękne aranżacje, wpędzające słuchacza w leniwy nastrój, przywołując obrazy z filmu, dla których stanowiła tło. ‘What Must Be Done’ i ‘Song For Bob’ szczególnie poruszają. Muzyka oszałamiająca, pełna smaczków, brzdęknięć pianina i strun, pociągnięć smyczka, uderzeń w dzwonki, zwane także cymbałami i chuj wie czego jeszcze, bo obu artystom szerokiego uzdolnienia nie można odmówić i pewnie grają nawet na źdźble trawy (Kejw nawet zagrał epizod grajka w barze, pod koniec filmu). Co ciekawe, tracklista zawiera 14 utworów, ale dla chcącego nie będzie wielkim problemem dotrzeć do tzw. Bonusa, zawierającego dodatkowe pięć kompozycji (m.in. utwór z napisów końcowych). Pochłaniające.
Ja Tu Tylko Sprzątam [2008]O.S.T.R.
Adaś to płodny artysta, regularnie co roku dostarczający nam płytę wypchaną po brzegi dobrą nutą. Tym razem to 21 utworów, trwających łacznie 76 minut, czyli materiału mamy na dwie płyty standardowych twórców. Ostry jest zależny jedynie od siebie – sam podkłada bity, sam “gada” (flow nie od parady), sam produkuje. Jednocześnie ma styl nieco inny niż np. Eldo. Adaś pierdoli o codzienności, czynnościach, przy wykonywaniu których nie wpadnie nam nawet do głowy, że można o tym rapować. Jedzenie, spanie, oglądanie TV – takie to ambitne tematy podejmuje Adam. Ogólnie jest luźno, swobodnie i mało angażująco. Udało się nawet ograniczyć do minimum tematy jarania, dziwek, drinków i innych sloganów hip hopowych. Mamy do czynienia z najrówniejszą płytą Ostrego jaką pamiętam, z bitami “pierwsza klasa” i materiałem tłustym, przy którym dziesięcioutworowe płyty innych raperów wyglądają jak wychudzone dzieci z Afryki.
Oficjalna strona na asfalcie :: majspejs
To Bring You My Love [1995]PJ Harvey
Polly Jean Harvey kojarzy mi się jednoznacznie z kobiecą wersją Nika Kejwa. No kropka w kropkę, tylko Nik nieco przystojniejszy. PJ przez całą swoją twórczość grzebała w różnych gatunkach, ale zawsze pozostawała wierna klimatom raczej mrocznym, gotyckim, z nostalgiczną manierą w głosie, często jednak pokazując pazur, a ten ma i to konkretny. Każdy utwór na tej płycie rzuca nieco inne światło na wokalistkę. Widać, że lubi się nieco bawić filtrami, tłumić dźwięki, ale i przypierdolić mocno rockiem. ‘Long Snake Moan’ nie schodzi z mojego odtwarzacza od początku naszej znajomości. Szacunek, bo to jedyna kobieta (choć czuć, ze lubi się po męsku nachlać) na mojej liście, chyba szowinistycznej w takim razie, ale coś w tym musi być.
Different Class [1995]Pulp
Jest przebojowo, z chwytliwym brzmieniem, niezłym wokalem. Jest tanecznie, britpopowo. Każdy kawałek żyje własnym życiem, niektóre tańczą intensywnie od początku do końca, niektóre tylko fragmentami, skokowo, niektóre pijackim, chaotycznym pląsem, a niektóre urządzają romantyczne przytulanko, ale każdy, co do jednego, wyraźnie tańczy. Jest parkietowo. Większość utworów to potencjalne hity, żywe kawałki, które przerabiane i miksowane na miliard sposobów, mogłyby być okrasą każdej potańcówy na dyskotekach w podstawówce i nie tylko. Wystarczy posłuchać ‘F.E.E.L.I.N.G.C.A.L.L.E.D.L.O.V.E.’, aby poczuć o co w tym wszystkim chodzi (pomijając głupi tytuł, który ciężko przepisać).
ReFrame [2006]Rabbit Junk
“No i raczej na pewno w przyszłym roku znajdzie się tu Rabbit Junk ze swoim zremasterowanym REframe”
Tak kończyłem zeszłoroczne podsumowanie. Do końca miałem wątpliwości, czy rzeczywiście ta płyta tu się znajdzie, bo po jakimś czasie przestałem jej słuchać, wracając jedynie do kilku kawałków. Ale by się upewnić, wróciłem na chwilę i na trzeźwo patrząc, jest to kawał solidnej industrialowej nuty, z krzykliwym męskim wokalem i damskim szczebiotaniem w tle. Głośnej, agresywnej, ale nie pozbawionej przy tym wszystkim melodii. Czasem dobrze tak odpalić na konkretnym woljumie i niech ten smarkacz piętro niżej ma za ten swój lipny hip hop o dziewiątej rano, zaraz po kościele. Bo Rabbita nalezy słuchać głośno, wtedy brzmi najlepiej i inaczej się nie kalkuluje. Trzeba też uważać ze słuchawkami na uszach na przejściach dla pieszych, bo można nie usłyszeć nadjeżdżającej cysterny, albo wozu strażackiego na syrenie.
Teenage Snuff Film [1999]Rowland S. Howard
Hałard pojawia się jako “wokal wspomagający” na płycie “Let Love In” Nika Kejwa i Bad Seeds, ale tutaj proponuję jego solowy projekt, którego nigdzie nie mogłem kupić w necie, więc postanowiłem go ukraść pożyczyć i sobie skopiować. Rowland nagrał płytę shoegazową, czyli taką, dla której otoczenie łatwo sobie wyobrazić – jakaś ciemna speluna, w której na dymie papierosowym unoszącym się w powietrzu można kapelusz zawiesić, a tymczasem na scenie siedzi sobie gostek na taborecie, z papierosem w ustach, brzdęka na gitarze, struny drgają, aż szkło przy stolikach pęka i ten kolo sobie śpiewa swoim przymulonym głosem. Klimat więc jest raczej ciężki, mroczny, zadymiony, teksty też raczej nie traktują o jednorożcach, słodkich kociakach i bieganiu nago po łące pełnej kwiatów. Ale cholera, człowiek aż ma ochotę się upić słysząc to. Wyśmienita rzecz.
Fun House [1970]The Stooges
Absolutne zaskoczenie i niespodziewajka. Ściągam płytę z 1970 roku i się w niej zakochuję. Po brzegi wypełniona energią, aż kipi. Zaledwie 7 utworów, ale każdy z osobna totalnie kopie w srakę garażowym brzmieniem (ma się wrażenie, że to koncert live), niesamowicie charyzmatycznym wokalem Iggy’ego Pop’a, szarpaniem strun gitary, ogólnym punkowym napierdalaniem i… jazzującym saksofonem. Co prawda dęciak wytępuje sporadycznie, gościnnie, fragmentami (całościowo występuje w tle tytułowego kawałka), ale gdy już się pojawia to, no kurwa, urywa łeb przy samej dupie. ‘Dirt’ jest małym dziełem sztuki, tak samo jak ‘1970′ podczas którego głowa mi się kiwa w rytm perkusji, a wchodzący pod koniec wspomniany saksofon doszczętnie rozsmarowuje moje zwłoki po podłodze. Energia sącząca się z głośników, a człowiek jak zwierzę wydziera się wraz z Igim w kluczowych momentach. To nieprawdopodobne jak bardzo ta płyta jest ponadczasowa – blisko 40 lat, a wciąż zgniata kolana. Prawdopodobnie jedna z płyt mego życia.
W 2005 roku wydano reedycję Deluxe, z drugim CD wypchanym kilkunastoma alternatywnymi wersjami utworów. Warto.
Oficjalna strona :: majspejs z ‘Down On The Street’
You Will Land With A Thud [2008]The Tom Fun Orchestra
Gdybym miał opisać tę muzykę, to na pewno użyłbym do tego słów “cygańskie wesele”, “wokal jak u Sylvestra Stalone”, “pełen wachlarz instrumentów” i “urzekające”. Bo taka jest ta płyta. Brygada głupków gra na przeróżnych instrumentach (trąbki, bandżo, akordeon i inne gówna), niektóre ciężko nawet nazwać, głupek o tubalnym głosie Rocky’ego i Rambo wydziera się do mikrofonu, od święta pomaga mu brzydka kobieta, ale za to z ładnym głosem, a wszystko brzmi kapitalnie, nogi same tańczą. Gdy wchodzi ‘Watchmaker’ to ja nie mam pytań, bo jestem uzależniony od tego utworu i nie ma chwili, bym nie podśpiewywał refrenu, o dziwo, w wykonaniu kobiety. Całość płyty jest naprawdę imprezotwórcza, zabawna i wesoła. Idealna na cygańską potupajkę, czy wesele rodem z westernu. Interesujący debiut, czekam na więcej.
The Fuzzsplit Of The Century [2003]Truckfighters vs. Firestone
Pierwszorzędna płyta. Wyborny stoner, taki, jaki uwielbiam najbardziej. Jaskrawe riffy gitarowe, normalny, ludzki wokal i napierdalająca z głośników werwa. To, co wyczyniają na tym splicie chłopaki z Truckfighters, to się w pale nie mieści. ‘Nitro’, czy ‘New Woman’ to nieskażona siła, fenomenalnie nadająca się do głośnego nakurwu pod nieobecność rodziców, sąsiadów i psa. Cała część Truckfighters taka jest. Młócimy, nie zatracając przy tym brzmienia, rytmu i melodii, miejscami z wolna nabierając pędu, co cholernie hipnotyzuje. Słabszych momentów nie dostrzeżono. Część od Firestone nieco odstaje, ale przy takim rywalu odstawać, to nietrudno, natomiast nie można powiedzieć, że druga połowa splita jest słaba. Firestone też grają chwacko (godna podziwu ‘Megalomania’), nie drażnią ucha i z rozkoszą zawsze oddaję się ceremonii odsłuchania ich części, po każdorazowej masakrze jaką zgotowali mi Truckfighters. Godni siebie rywale. Polecam jak sam skurwysyn.
Truckfighters: Oficjalna strona :: majspejs
Firestone: Last.efem :: majspejs
Wyróżnienia:
- Czesław Śpiewa ze swoim “Debiutem” [2008] znajduje się tutaj na zasadzie kredytu zaufania. Polskiemu rynkowi muzycznemu potrzebne są takie wydawnictwa. Niebanalne, urocze, tekstowo trochę betonowe (teksty są autorstwa jakiegoś poeciny i portalu poetyckiego na onecie, czy innej interii – serio), ale melodyjnie niczego im nie brakuje. Gdybym go nie wyróżnił, to jedynie przyłożyłbym rękę do braku urozmaicenia w polskiej muzyce. A tak jest pociesznie.
- Jimson i jego “Gorączka W Parku Igieł” [2008]. Jeden z bardziej udanych hiphopowych projektów w roku, pomimo faktu, że to tylko EPka (przede wszystkim dlatego nie dostała się na listę, bo niczego jej nie brakuje, poza czasem trwania – 30 minut). Kawałków jest kilka, ale wszystkie tłuste, a ‘Eenie-Meenie-Miney-Moe’ i ‘Paryski Perkusista’ nie schodzą z mojego odtwarzacza mp3. Czekam na pełne wydawnictwo.
- “IV” [1971] Led Zeppelin za przyjemny dla ucha blues rock. Za ‘Black Dog’ i ‘Stairway To Heaven’.
- L.U.C i jego “Planeta LUC” [2008]. A w zasadzie jej druga połowa. Zbyt dużo tanich, przeterminowanych sloganów (mohery, czak noris, żarty strasburgera – tak jakby nagrywał to już dwa lata temu), ale kilka kawałków i bitów udanych. Zamykający ‘Happy End And Happy Hands Up’ pozostawia dobry posmak na koniec.
- Cut Copy i ich “In Ghost Colours” [2008] za współczesne wcielenie “Different Class”, za dyskotekowy potencjał, za naprawdę dobry, żywy materiał.
- Porcupine Tree – “Signify” [1996] bo poza cokolwiek głupią nazwą kapeli to udana płyta, proponująca wyciszającą podróż z kojącym głosem na pokładzie, z głośniejszymi momentami, ale zachowaną delikatnością.
- “Gentlemen” [1993] od The Afghan Whigs za przyjemną dla ucha mieszankę klasycznego rocka i grunge. Płyta była przez cały rok blisko listy, ale nie przeszła ostatecznej selekcji, przykro mi. Aczkolwiek jednakże to fajna rzecz.
- Yeasayer i “All Hour Cymbals” [2007] za pierwszą połowę płyty, bogactwo dźwięków na niej zawarte, bo potem lekką chujnią zalatuje.
Oczekiwania na 2009:
Nowy Holdcut (luty), Blur podobno się zeszli z powrotem, więc może coś z tego będzie, może nowe Gorillaz, coś nowego od Aldena Tyrell’a, Fatboy Slim (3.II), świeże Prodigy, standardowo nowy O.S.T.R (27.II), PJ Harvey z nowym materiałem podobno wraca do korzeni, Royksopp mogą coś klawego sklecić (23.III). Ciekawym jak Mansell’owi wyjdzie ścieżka dźwiękowa do “Wrestlera”.“Kwiaty Zła” od PIH’a już słucham i może coś z tego będzie. Po cichu liczę też na nowy Koniec Świata i nowego Saltillo.
Poza tym pewnie dziesiątki nowych materiałów, o których w tej chwili nie zdaję sobie sprawy.
Podsumowanie podsumowania.
Cóż, było kilka rozczarowań (nowe Rabbit Junk, Offspring, UNKLE, “Uchodźcy i wygnańcy” Palahniuka, Indiana Jones), ale z pozytywnych rzeczy, przede wszystkim był to rok bohaterskiego Nicka Cave’a (cała twórczość z Bad Seeds, obłędna książka, czarujący soundtrack we współpracy z Ellisem). Na pewno trzeba wspomnieć o “Six Feet Under”, bo serial ten towarzyszył mi przez cały rok praktycznie. “Zabójstwo Jesse’ego James’a…” to fascynujący kawał obrazu. No i The Stooges. Tego wszystkiego nie zapomnę.
Życzę sobie szczęśliwego nowego roku.

hm’