Gruby, czerwony i jak wchodzi to sprawia przyjemność.
Ciemny, oświetlony jedynie blaskiem kilku świeczników korytarz. W mroku i ciszy przesuwa się cień, wyraźnie należący do kogoś krępego i niskiego, ale sięgającego aż do ziemi. Płomyki świec uginają się delikatnie przy podmuchu przechodzącej postaci, a w ciemności co jakiś czas wyraźnie rozjaśnia się ruchomy punkcik żaru pochodzącego z papierosa. Postać dociera do drzwi, zza których wyraźnie słychać głośne chrapanie, klnąc pod nosem staje na palcach, by dosięgnąć klamki i otwiera drzwi na całą szerokość.
Pokój, a w zasadzie salon jest w iście karnawałowym wystroju. Stoi choinka, wprost uginająca się od dekoracji, bombek, cukierków, słodkich laseczek-lizaków, cygar, woreczków marihuany, blantów, szmacianych aniołków. Wszędzie stoją butelki po piwie, puste, lub tylko w połowie wypite, w kilku pływają pety. Na środku stoi skórzana kanapa, model Bagno,taka, na której siedząc, człowiek zapada się do połowy w jej wnętrzu i potrzebuje pomocnej dłoni by się wydostać. Na kanapie śpi z odchyloną na oparciu głową, brodaty (w brodzie da się zauważyć niedopałek papierosa), siwy starzec, niechlujny grubas, od pasa w górę ubrany jedynie w szelki podtrzymujące wściekle czerwone spodnie. Na szyi wisi złoty łańcuch, zakończony bling-blingiem w postaci wielkiej litery M (jak miłość). Chociaż “wisi” wydaje się w tym przypadku nadużyciem słownym, bo bling-bling leży swobodnie na wydatnym brzuchu starca. W jednej ręce, zwieszonej za podłokietnikiem luźno trzyma niedopite piwo, a złota bransoleta zsunęła się z jego nadgarstka i zahaczyła o wielki sygnet na palcu i szyjkę butelki. Druga ręka leży swobodnie na biodrze, śpiącej z głową na jego kolanach, nagiej karlicy. Między palcami pulchnej dłoni tkwi niedopalony papieros. Druga karlica śpi naprzeciw w fotelu, a trzecia leży obwiązana wstążką pod choinką.
Niski, krępy osobnik, wyraźnie karzeł, zmrużył oczy wchodząc do jasnego pomieszczenia, zlustrował otoczenie, westchnął i wziął głęboki oddech. Natychmiast tego pożałował, bo odór nie należał do najprzyjemniejszych. Ruszył z nonszalancko zwieszonym na wardze szlugiem, trącając nogą butelkę, która potoczyła się i uderzyła w czoło śpiącą pod choinką karlicę. Jęknęła.
- Oj – powiedział sprawca.
Podszedł do kanapy i spojrzał ze zrezygnowaniem na starca.
- Gruby! – powiedział, a ponieważ reakcją było nagłe nic to powtórzył, tym razem głośniej – Gruby!!! – kopnął lekko starca w kość piszczelową. Siwy dziad wzdrygnął się i wypuścił z luźniej ręki butelkę z browarem, która brzdęknęła o podłogę.
- Mhm? – zapytał precyzyjnie.
- Pozbieraj swój tłuszcz do kupy, ogarnij brodę z petów i zabieramy się do roboty.
- Co? Już? – starzec wyprostował szyję, masując się po karku. Głos miał ochrypły z przepicia.
Spojrzał ze zdziwieniem na karlicę śpiącą na jego kolanach. Z przymkniętymi powiekami rozejrzał się po salonie, zepchnął z siebie głowę karlicy i sięgnął na stolik po piwo.
- No tak jakby już. Nie wiem dlaczego narzekasz – karzeł obejrzał się i usiadł na wolnym fotelu. Stopy mu wisiały w powietrzu. – Cały rok nic tylko, balanga balanga, kutas jak sztanga, a gdy przez niecały miesiąc trzeba popracować to zawsze masz problemy.
- No niby tak, ale po co my to robimy, Bernard? – starzec wziął haust płynu z butelki i się skrzywił. Obejrzał butelkę i odstawił. Dłonią sięgnął za lewe ucho, potem prawe ucho, rozczarowany poklepał się po kieszeniach. – Masz szluga? – zapytał.
- Nie mam, ostatniego palę.
- Daj macha.
Karzeł rzucił pojarą, ta spadła na włosy śpiącej karlicy. Obaj syknęli. Starzec delikatnie podniósł peta i się zaciągnął.
- Po co my to robimy? – wrócił do wcześniejszej myśli. – Ty zamiast robić karierę w telewizji, w jakimś “Jackass”, czy “Forcie Boyard”, słyszałem, że karły mają wzięcie, to ty zapierdalasz w tej chałupie, na środku śnieżnego zadupia, w głupim stroju, głupiej czapeczce i usługujesz staremu dziadowi w czerwonym kubraku, pakując prezenty dla bękartów, które nawet w nas nie wierzą. Nawet kurwa do końca nie mogą się zdecydować jak mnie nazwać! Święty Mikołaj? Dziadek Mróz? Gwiazdor? Już przez grzeczność nie wspomnę o was – elfach. W obecnych czasach zawód elfa nie jest zbytnio poważany. Co na to twoja rodzina?
- Gruby, ile razy mam powtarzać, że cała moja cała rodzina robi u ciebie. Od pokoleń pomagamy Świętemu Mikołajowi w tym całym pierdolniku – karzeł przewrócił oczyma, oparł się w fotelu i spojrzał nieruchomo w dal. – Kiedyś elfy biegały z łukami po zaczarowanych lasach, były piękne, zwinne i nieśmiertelne. Dzisiaj to komiczne karły z pomarszczoną twarzą i w zielonym kubraczku. Ten gatunek idzie na dno, brnie ku całkowitej anihilacji, tak jak krasnoludy – z kiedyś dumnego i wojowniczego gatunku, na świecie pozostała tylko rasa Krasnoludów Ogrodowych, a te nawet zamiast toporów mają konewki i taczki. Z elfami będzie to samo. Autorytety, jak Legolas, dawno wyginęły, a na świecie pozostały jedynie ochłapy gatunku. Wystarczy się rozejrzeć – moja stara leży pod choinką, a puszczalskiej siostrze mało włosów petem nie spaliłem. Definitywnie brniemy ku zgubie – westchnął.
- No dobra, to rodzinny interes, ale nie myślałeś, aby robić w życiu coś innego? Zerwać z dumną tradycją waszego klanu w byciu popychadłem grubego starca? Sprawić, by twój gatunek znów był piękny i podziwiany? – Mikołaj przygasił papierosa o podłokietnik i wrzucił do butelki. Cicho syknęło.
- Ale co niby miałbym robić? Dać się wystrzelić z armaty w cyrku? Brać udział w zapasach karłów? Wynieść się do lasu i polować na zwierzynę, przepowiadać przyszłość i jeść magiczne suchary? Teraz nikt już nie mieszka w lesie. Nie ma już zaczarowanych lasów. Poza tym, mi tutaj dobrze, a co inni o tym myślą, to mam w swojej nisko osadzonej dupie – uśmiechnął się krótko.
- Bo mnie osobiście już irytuje te całe zamieszanie co roku – starzec machnął ze zrezygnowaniem ręką. – Jesteśmy mało wiarygodni w tym fachu, jesteśmy niżej w rankingu niż Wróżka Zębuszka.
- Ale wyprzedzamy bociana przynoszącego dzieci – elf uniósł palec wskazujący, by zaznaczyć istotność stwierdzenia.
- Tak, rzeczywiście powód do dumy. Aż nabrałem ochoty na zapierdalanie kabrioletem z reniferami w grudniową noc. Nie dało się wymyślić czegoś cieplejszego i z dachem?
Karlica leżąca pod choinką westchnęła, obudziła się i wstała trzymając się za czoło. Mikołaj z elfem spojrzeli na nią z niesmakiem. Wstążka, którą była obwiązana dodawała jej uroku, a ten, w jej przypadku, był w wyraźnym deficycie.
- Ale mnie moja karla czacha napierdala – zaszczebiotała i wymacała guza na czole. – Chyba gdzieś wczoraj zajebałam głową Mikuś, o, witaj Bernard – dostrzegła elfa.
- Chyba Gruby ci głowicą swojego prącia zajebał – mruknął karzeł pod nosem.
- Ej, z szacunkiem do matki się zwracaj szczeniaku! – karlica chwyciła butelkę piwa i przyłożyła do obolałego czoła. – Co tutaj robi Mirelka? – spytała, wskazując podbródkiem na coś, wyglądające jak zwłoki karlicy na kanapie.
- Nie wiem, tak ją zastaliśmy – słabo odrzekł Mikołaj. – Powinnaś wysłać ją do cyrku. Nie dość, że karlica, to jeszcze z brodą. Zrobiłaby karierę.
Karlica uśmiechnęła się życzliwie.
- Brodę ma po tacie, tak jak oczy.
- Pasowały? – zapytał naburmuszony karzeł.
Matka zignorowała pytanie, obejrzała butelkę, którą chłodziła czoło i pociągnęła z niej łyk. – Domyślam się, że ten niewdzięczny pokurw przylazł tutaj, aby zagonić nas do roboty. – powiedziała w stronę Mikołaja, jednocześnie wskazując wzrokiem na elfa. – Pierdolone speckomando – dodała po chwili.
- I jeśli nie chcesz skończyć grając na gitarze w przejściu podziemnym to lepiej, abyś natychmiast zebrała swoje rozłożyste jak cyrkiel nogi do kupy i zajęła się obowiązkami – wycedził elf. – Rudolfowi nos zgasł.
- Mówiłam, żeby w przeciągu go nie zostawiać. – odparła bez emocji. – Pewnie nie macie szluga – zapytała retorycznie.
- Może tak, może nie, może jeb się – wyjaśnił karzeł, wyczerpując temat.
Zapadła dźwięczna cisza. W końcu odezwał się Mikołaj.
- No dobra, chromolę, zróbmy co trzeba, aby bachory jak co roku cieszyły pyski, a potem wracamy do melanżu. Ale najpierw muszę się wyszczać – dodał po zastanowieniu.
Wstał ciężko, z trudem wyciągając zad z objęć kanapy, przeciągnął się, podrapał po owłosionej klacie, wplątując włosy w łańcuch i wyszedł z salonu. Karzeł z karlicą spojrzeli na siebie, wzruszyli ramionami i ruszyli za nim.

Ja jestem Wróżką Zębuszką!
Wpisz w Wikipedii “Czajniczek Russella” i zobacz też dwa ostatnie linki pokrewne ;) Znaju? ;P