Teksańska masakra piłą “moja-twoja”.
Aj, aż mi się fortepian w kieszeni otwiera, gdy codziennie dostaję setki emejlów od młodych dżentelmenów, nie tylko młodych zresztą, którzy proszą mnie, abym udzielił im kilku rad o tym, jak zachować się na pierwszej randce z dziewczyną. Potem piszą do mnie te dziewczyny, dziękując za najwspanialszą randkę w ich życiu i zazwyczaj przy okazji dołączają zaproszenie na ślub. Serio. Postanowiłem więc ułatwić Wam, a przede wszystkim sobie życie, umieszczając moje bezcenne rady w ogólnodostępnym miejscu, co by mi klawisz ‘delete’ nie zapadł się podczas kasowania tych wszystkich kolejnych emejlów.
No to lecimy.

Grzegorzu, robisz to źle!
Gdybym był kobietą.
Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień śpiewała kiedyś Kayah, zanim się nie zestarzała. Nie dla psa kiełbasa, ale nie o takich rzeczach śpiewano, więc pomarzyć może. Z okazji komunistycznego święta kobiet, pozwoliłem sobie na szaleństwo i zastanowiłem się, jakby to było, gdybym zszedł szczebel niżej w ewolucji człowieczeństwa stając się kobietą. I muszę przyznać, że czułbym się z tym niezręcznie. Mógłbym porównać to do pchania taczki przez jednorękiego. Niby prosta konstrukcja, ale jakoś niewygodnie i brakuje tej tak zwanej dodatkowej “pomocnej dłoni”. Tak właśnie.
Wesołego jajka i smacznego koguta w nowym (k)roku.
Człowiek był małym, niefrasobliwym brzdącem, który cieknące z nosa gluty beztrosko zbierał z górnej wargi językiem, a dłubanie w nosie i głośne bekanie po cudownej smakowo oranżadzie uważał za dobrą zabawę. Dla takiego człowieka okres świąteczno-noworoczny, był czasem gdy uradowany był niczym usrana świnia. Z niecierpliwością oczekiwał Wigilii, wcześniej bezwzględnie przeczesując mieszkanie w poszukiwaniu gotowych do zapakowania prezentów, choć potem trzeba było sporego talentu aktorskiego, by okazać zaskoczenie i radość z podarunku, którego potajemnie już się macało dwa dni wcześniej. Pal licho jeśli ten był udany, trafiony. Gorzej, kiedy był chybiony, mało zabawkowy (skarpety? Łeee…), czy mało męski. To były najbardziej stresujące momenty w tym okresie chlania wódki na potęgę przez dorosłych. Pomijając krępujący moment łamania opłatków i życzenia sobie tego samego co przed rokiem i pewnie za rok też. Potem był Sylwester, strzelenie z dwóch korsarzy, puszczenie motylka, może jakiegoś karabinka o północy, obejrzenie do końca filmu i lulu. Obecnie, kiedy człowiek jest już dojrzały (choć zdaję sobie sprawę, że tylko fizycznie), z całej tej otoczki i mistyki pozostało jedynie niezbyt atrakcyjne i niezmienione w formie naiwne łamanie opłatkiem.
A jak to konkretnie wygląda obecnie?
(więcej…)
Podsumowanie roku dwatysionceosiem.
No cześć. Jako młodzieniec o szerokim wachlarzu zainteresowań, obcuję z kulturą na wszelakie możliwe sposoby, bo to fajne jest. Książki to nawet kupuję, bo dotyk i zapach papieru to taki mój fetysz, a i na półce wyglądają ekstrawagancko, dzięki czemu sprawiam wrażenie mądrzejszego niż jestem. Swoją drogą to nieco dziwne, bo dostęp do muzyki, filmów czy książek jest łatwiejszy, w zasadzie darmowy, nic nie stoi na przeszkodzie w poszerzaniu horyzontów, oglądaniu niszowych gruzińskich filmów o prowadzeniu tartaku, słuchania niekomercyjnej muzyki i czytania książek na komórkach, komputerach, ba, nawet komputer sam przeczyta, a jednak, mimo to, ludzie coraz głupsi i coraz bardziej ograniczeni.
W tym roku będzie mniejszy chaos, bo podzieliłem faworytów na kategorie, ale tak poza tym, to kolejność czysto przypadkowa.
No to sru.
Gruby, czerwony i jak wchodzi to sprawia przyjemność.
Ciemny, oświetlony jedynie blaskiem kilku świeczników korytarz. W mroku i ciszy przesuwa się cień, wyraźnie należący do kogoś krępego i niskiego, ale sięgającego aż do ziemi. Płomyki świec uginają się delikatnie przy podmuchu przechodzącej postaci, a w ciemności co jakiś czas wyraźnie rozjaśnia się ruchomy punkcik żaru pochodzącego z papierosa. Postać dociera do drzwi, zza których wyraźnie słychać głośne chrapanie, klnąc pod nosem staje na palcach, by dosięgnąć klamki i otwiera drzwi na całą szerokość.
(więcej…)
Czarno to widzę.

Murzyn (rasa negroidalna) został wynaleziony jeszcze przed kołem (4000 r p.n.e).
A skąd się biorą dzieci? [+18]

Podobieństwo do Twoich rodziców jest przypadkowe.
JuTrO PyTaNkO Z MaTmY ;[[[[[[[[[[[[[[[[[[.
Człowiek stoi w kolejce do kasy, to jakaś stara baba prawie mu na pięty się wpierdoli, sapiąc ciężko w plecy. Człowiek się przesunie do przodu, aby zyskać nieco przestrzeni życiowej i uwolnić się od orbity jej starości, to baba jak cień przysunie się znowu do niego, wisząc mu prawie na ramionach, niczym zombie, pragnące zjeść mózg.
Ale ja nie o tym.
265 DDC, czyli jak zostałem dżarhedem. No, prawie.
Rzeczą oczywistą jest, że każdy, kto opowiada o wojsku, to był w nim prawdziwym komandosem. Każdy przedstawia to tak, żeby wyjść z tych historii jako twardziel, który przeżył tam wiele, zniósł mnóstwo upodleń, śmiał się niebezpieczeństwu w twarz i miał bardzo przejebane, ale jako prawdziwy mężczyzna wyszedł z tego z klasą. Każdy chlał tam cysterny wódki, uciekał przez płot na lewiznę co wieczór, miał na pieńku z kadrą i przełożonymi, dręczył psychicznie młodsze roczniki wcielonych i ruchał kurwy – koszarówy, które były tak napalone na jego mundur, że same napierały dupami na płot. Ot, standardy w opowieściach, baśniach o mchu i paproci, zazwyczaj dalekie od prawdy, mocno koloryzowane, albo całkowicie wyssane z chuja, zasłyszane gdzieś i przypisane sobie. Chciałem nie być w tym gorszy, ale chyba mi nie wyszło, bo słaby ze mnie ściemniacz.
W sumie reasumując, to takiego sanatorium już nie odwiedzę. Wszystko dali. Ubranko dali, mieszkanko dali, amciu też dali, kolegów dali, zajęcie dali. Nie wymagali wiele. Nie trzeba było się myć wcale na dobrą sprawę. Prać ubranek też nie trzeba było. Wymiotować z przejedzenia również nie szło. Raj na ziemi normalnie. Już nie to co kiedyś. A że kręcił mi się po mieszkanku jakiś jebany w dupę, dwunożny samobieżny penis, krzycząc, że „capstrzyk, gasić światła! Wystawić jebane buty na korytarz! Mam najebane we łbie i będę tak biegał całą noc, sprawdzając czy śpicie, bo jara mnie widok kilkunastu spoconych męskich ciał w samych spodenkach w kolorze blu” to już jego prywatna sprawa. Dało się to przeboleć, przywyknąć, bo czynsz za kwadrat był niski, w zasadzie żaden, więc nikła to niedogodność. Choć w sumie jedna z wielu.
Fleszbek.
(więcej…)
Zabij się młodo, zostaw atrakcyjne zwłoki.
Jem sobie opłatek wigilijny (znalazłem w szufladzie, hm), popijam koka kolą lajt, a za oknem zajebisty munlajt i świerszcze, czy inne cykady. Za dnia lampa na zewnątrz niesamowita, ludziki narzekają na upały (zimą narzekają na mrozy, jesienią na szarugę, wiosną na deszcz, codziennie na polityków, czyli norma), producenci antyperspirantów zbijają kokosy, toteż tym bardziej człowiek docenia chłodne noce ze znośnym powietrzem. W takich to okolicznościach i w przypływie optymizmu zadumałem się nad ciekawym zagadnieniem. Gdybym chciał pizdnąć się na swoje życie, znaczy popełnić samobójstwo, to w jaki sposób bym to zrobił? Wbrew pozorom to mocno istotny problem i wart jest przemyślenia, bo trochę obciachowo by było, gdyby nawet to mi w życiu nie wyszło. Rozpatrzmy wszystkie za, przeciw i pomiędzy.
(więcej…)
8=======D
Ding-dong, zadingdongał dzwonek u drzwi. Bogusława leniwie spojrzała w ich kierunku, po czym udając, że nic się nie stało, przełączyła kilka programów przy pomocy urządzenia do zdalnego przełączania kanałów w telewizorze, bądź też po prostu pilota. Zatrzymała się na tok szoł Dżerego Springera, w którym standardowo ktoś się przezywał od kurew, bił i szarpał za włosy, a publiczność skandowała imię prowadzącego. Takie założenia.
- Fajnie się napierdalają – powiedziała sama do siebie, drapiąc się po łydce i podkręciła woljum, aby lepiej słyszeć trzask łamanych fantów, mebli i kości.
Ding-dong, ding-dong, nie dawał za wygraną dzwonek, a konkretniej to palec go naciskający, a jeszcze konkretniej ktoś, do kogo ten palec należał (prawdopodobnie wraz z dziewiętnastoma innymi). Bogusia głośno westchnęła, pół wstała, pół się sturlała z wersalki i wciąż z pilotem w ręce podreptała ciężko w stronę drzwi. Nieśpiesznym ruchem nacisnęła klamkę i pociągnęła całość konstrukcji (klamka + drzwi) do siebie, wpuszczając do śmierdzącego stęchlizną i popkornem mieszkania, wcale nie mniej jebiące powietrze z klatki schodowej – kombinację smażonej kapusty, kocich odchodów i lizolu używanego nieskutecznie do odkażania.
(więcej…)
Kochajmy wszystkie dzieci, bo nie wiadomo, które są nasze.
Dzień Dziecka – kolejny argument ku temu, by dzieci nie posiadać. Małe, śliniące się stworki, początkowo robiące pod siebie kupę, następnie z fascynacją bawiące się psimi odchodami. Wiem, bo sam się nimi bawiłem. Podobno dające mnóstwo radości (coś naciągana teza), ale też upierdliwe, z czasem irytujące, chodzące 24 godziny na dobę Tamagoczi, działające nawet po wyciągnięciu baterii, których nie mają. Ja wiem, że najwięcej o wychowywaniu dzieci wiedzą ci, którzy ich nie posiadają i to właśnie oni się najwięcej wymądrzają, ale i tak sobie pogadam, a co.
(więcej…)




3 komentarzy